Trzymajmy się razem! Planeta małp

Wchodzisz do pociągu dalekobieżnego, takiego z przedziałami, i idziesz korytarzem w poszukiwaniu wolnego miejsca, najlepiej w mało zatłoczonym przedziale. Znajdujesz satysfakcjonujący cię, otwierasz drzwi i pytasz „wolne”? Wita cię milczące, niechętne potakiwanie. Czujesz, że współpasażerowie woleliby, by nikt do nich nie dołączał. Czujesz, że jest między nimi jakaś jedność, że są razem, przeciwko Tobie, że wkraczasz do ICH PRZEDZIAŁU. Siadasz jednak, pociąg rusza. 10 minut później, na kolejnej stacji, wsiadają kolejni ludzie. Ktoś otwiera drzwi i pyta, czy wolne. Spoglądacie na siebie ze współpasażerami – ludźmi, których zupełnie nie znasz – i myślisz sobie, że ten OBCY człowiek właśnie wkroczył do WASZEGO przedziału, który przed momentem był ICH przedziałem. Zaraz, zaraz – co tu się właściwie stało?

Byłam ostatnio na „Ewolucji planety małp” – z genialnymi efektami specjalnymi. Robią wrażenie zwłaszcza, gdy efekt końcowy porówna się z tym, jak kręcone były sceny.



Po seansie przeglądałam informacje na temat filmu i sagi, postanowiłam odświeżyć sobie również pierwszy obraz z tej serii – z 1968 roku, „Planeta małp” – która rozpoczęła całą serię o Ziemi zdominowanej przez naszych kuzynów naczelnych. Wtedy tworzenie efektów specjalnych wyglądało zupełnie inaczej niż 40 lat później. W latach 60. aktorom grającym małpy specjaliści przez wiele godzin nakładali odpowiednią charakteryzację – internet mówi, że przy filmie pracowało 80 charakteryzatorów. Po wielogodzinnych przygotowaniach „makijażu”, aktorzy grali na planie, jedli, odpoczywali – wszystko to w „małpim” opakowaniu.
I wtedy stała się rzecz niebywała – artyści ucharakteryzowani na różne gatunki małp przebywali tylko w swoim towarzystwie – goryle z gorylami, orangutany z orangutanami, szympansy z szympansami. Nie było to od aktorów wymagane, jednak stało się samo z siebie. Intrygujące? Nie dla psychologów.

Ludzie są już tak „zaprogramowani”, by spontanicznie rozpoznawać „swoich” i „obcych” i adekwatnie się do takich grup zachowywać – od tego kiedyś zależało nasze przetrwanie i tego wymagała od nas ewolucja. Trafna kategoryzacja ratowała życie.
Zresztą, działa to jeszcze także dziś – np. w czasie wojen.

Ludzie więc dzielą się na grupy spontanicznie, bo spontanicznie kategoryzują innych – to jeden z najbardziej podstawowych i pierwotnych procesów. Świat jest zbyt skomplikowany, byśmy byli w stanie w nim przetrwać bez upraszczania i porządkowania go – oczywiście w odpowiedni sposób.
Nie mamy takich możliwości, by reagować w niepowtarzalny sposób na każdą nową osobę lub na każde nowe zdarzenie. A nawet, gdybyśmy mieli takie możliwości, nie byłoby to do końca funkcjonalne – ludzie i zdarzenia poza cechami odróżniającymi, mają też cechy wspólne. Dlatego dużo skuteczniejsze jest dzielenie ludzi i zdarzeń na kategorie (a robimy to automatycznie).

Skąd wiemy, która grupa jest dla nas atrakcyjna (a więc do której chcemy należeć)? Głównie taka, do której jestem najbardziej podobny/a – czyli w przypadku szympansów to szympansy, goryli – goryle, orangutanów – orangutany, bo wtedy najbardziej do tej grupy „pasuję”.

Ważną konsekwencją kategoryzacji jest dyskryminowanie członków grupy obcej na rzecz „swoich”. Co ciekawe, występuje to nawet w przypadku podziałów na grupy z błahych powodów (mój przedział jest najlepszy, ludzie z przedziału obok są mniej fajni).
Ciekawe jest też to, że już po takim podziale uwypuklane są różnice między grupami i zacierane różnice między poszczególnymi członkami danej grupy. A więc uwypuklanie różnic między szympansem a gorylem i zacieranie różnic pomiędzy poszczególnymi szympansami.

Z dzieleniem się na grupy wiąże się całe mnóstwo innych procesów. Ale o tym może przy okazji kolejnej części z cyklu „Planeta małp” ;)

Share this:

KOMENTARZE

0 komentarze: