Sklep dla samobójców. Czy można śmiać się z depresji?

Wyobraź sobie, że żyjesz w mieście, w którym za popełnienie samobójstwa grozi Ci mandat. Ale ty masz olbrzymią ochotę to zrobić, bo miasto to jest ponure, smutne i przede wszystkim bardzo nieszczęśliwe – jak i ty. Wśród szarości ulic i budynków jest tylko jedno miejsce, które zaprasza ciepłym światłem, nadającym mu wrażenia przytulności. Sklep, w którym obsługa jest zawsze nad wyraz uprzejma, pomocna, choć nigdy się nie uśmiecha. To sklep dla ciebie – sklep dla samobójców.


Znajdziesz tu wszystko. Sznury już z gotowymi pętlami. Żyletki, trucizny, tabletki, broń palną, broń białą. Ceny wysokie, ale tam, gdzie się wybierasz, pieniądze nie będą ci przecież potrzebne.

Taka rzeczywistość, świetnie narysowana, pełna czarnego humoru i... wesołych piosenek, wykreowana została we francuskiej animacji, Sklep dla samobójców, którą właśnie mamy okazję oglądać w kinach.

Tutaj samobójstwo zawsze łączy się z depresją. Tutaj nawet psychoterapeuta jest nieszczęśliwy, przepracowany i myli schizofrenię z uzależnieniem od pracy.
Czy to się godzi? O tak poważnej chorobie jak depresja mówić z humorem? Śpiewać i tańczyć o samobójstwie? Robić animowaną karykaturę z nieszczęśliwych ludzi?

Nie mam tu na myśli czarnego humoru po prostu, bo tego w kinematografii jest pełno. Taki np. Tim Burton, mój ukochany, nakręcił dziesiątki obrazów-komedii, wykorzystujących humor grobowy.

Ale w Sklepie dla samobójców to nie czarny humor – to śmiech z nieszczęścia, depresji, samobójstwa. Bohater po połknięciu trucizny przez kilka sekund miota się w konwulsyjnych ruchach (przedstawionych jako „śmieszne” wygibasy), następnie umiera, co spuentowane jest wesołą piosenką.

I nie mam nic przeciwko temu! Mamy całe mnóstwo filmów i seriali mówiących – zresztą, zgodnie z prawdą – jak zła, ponura i ciężka jest depresja. To choroba, która już w swojej definicji ma zniechęcenie – i zazwyczaj jest zniechęcająco ukazana.
A w Sklepie dla samobójców wygląda to – po raz pierwszy – inaczej. Wszystko jest tak przerysowane, że nie obawiam się, by ktokolwiek potraktował to podejście w poważny sposób, nie o to chodzi. A wyśmiewanie swoich największych strachów czy problemów, jest jednym ze sposobów na radzenie sobie z nimi. Więc czemu nie?

Dodam jeszcze tylko, że film, poza fajnym podejściem do tematu i świetnymi animacjami, nie ma w sobie większych walorów artystycznych. Fabuła jest całkiem przewidywalna, część musicalowa zwyczajnie słaba, a narysowane postaci, mimo olbrzymiego potencjału początkowego (właściciel sklepu dla samobójców – czyż to nie jest pomysł?) są dość płaskie. Ale i tak Sklep dla samobójców może być nienajgorszym pomysłem na zbliżające się, słotne wieczory.

Share this:

KOMENTARZE

2 komentarze:

podpierzyna pl pisze...

Literówka: słotne powinno być sobotnie. A tak poza tym film też z początku wydawał mi się bardzo ciekawy. A teraz po przeczytaniu kilku opinii zastanawiam się czy na pewno wybrać się na niego do kina.

Anna Matuszak pisze...

Na sobotnie wieczory też może być, choć miałam na myśli wieczory deszczowe, czyli słotne;)

I chyba już nie grają tego w kinach. Przynajmniej u nas, w Trójmieście...