Rak, przyjaźń, Joseph Gordon-Levitt i kłamstwo psychologiczne: Pół na pół


Moje "ale" do bardzo dobrego filmu o walce z rakiem.

Pół na pół” to kolejny niegłupi film, w którym zagrał Gordon-Levitt. Niestety, z głupim wątkiem psychologicznym. Głupim, bo nierealnym i wypaczającym ważne standardy, które PO COŚ powstały. Uwaga! Spojlery będą konieczne.

Gordon-Levitt to jeden z moich ulubionych aktorów. Poza zniewalającym uśmiechem ma też szczęście aktorskie – gra zazwyczaj w niegłupich filmach. Jeśli jest to obraz o miłości, to jest to na wskroś nieszablonowe 500 dni miłości. Jeśli thriller – porywająca Incepcja. Gdy biograficzno-obyczajowy – niebanalne Pół na pół.

Niełatwo jest moim zdaniem zrobić dobry film o walce z rakiem zwłaszcza, gdy na tapetę bierze się biografię ze szczęśliwym zakończeniem. Przy takim temacie łatwo popaść w banalne schematy, stworzyć wyciskacz łez z typowo amerykańskim zakończeniem, gdzie dobro i patos zawsze zwyciężają i ogólnie wystarczy tylko zawsze pozytywnie myśleć, by zwyciężyć nawet największe kłopoty.

Tymczasem twórcom Pół na pół udało się na tyle wyśrodkować akcenty, że stworzyli ciekawy, realistyczny, a przy tym ciepły i mocno emocjonalny obraz. Jest tu jak w życiu – i słodko, i gorzko.

Oczywiście najwięcej uwagi zwróciłam na relację, jaka zawiązała się między głównym bohaterem a terapeutką, która ma mu pomóc zmierzyć się z psychologicznymi konsekwencjami choroby. Zaczyna się nietypowo i ciekawie – terapeutka jest niedoświadczoną stażystką, która sama wręcz potrzebuje pomocy. Czekałam, jak rozwinie się ten wątek, bo potencjał w nim tkwiący był olbrzymi. I z rozczarowaniem dobrnęłam do romantycznego zakończenia.


Pomijam już fakt, że takie zakończenie tego wątku jest dla mnie zaczerpnięte wprost z głupiutkich komedii romantycznych. Takie filmowe głupoty zwyczajnie szkodzą, wprowadzając mylne postrzeganie psychoterapii i relacji pacjent-terapeuta.

Istnieją pewne standardy, jakich musi trzymać się każdy terapeuta. Ich złamanie może nieść daleko idące konsekwencje dla obu stron (wyrządzenie krzywdy pacjentowi, utrata uprawnień terapeuty itd.).

Dlaczego to takie ważne?
Każdy pacjent, często nieświadomie, dąży do tego, by relacja z jego terapeutą stała się czymś więcej, niż relacją klient-usługodawca. To normalne – terapeuta staje się powiernikiem największych problemów, stara się być wspierający, jest zawsze „po stronie pacjenta” – z czasem staje się kimś bliskim. Pacjent więc stara się tak ukształtować relację, jak kształtuje swoje bliskie związki – z rodziną, przyjaciółmi. I tu jest szalenie ważna rola terapeuty, by utrzymał w relacji odpowiedni dystans – nie może on być w życiu klienta przez cały czas, pojawia się na chwilę, by mu pomóc radzić sobie samemu. Pacjent nie może więc swojego życiowego szczęścia opierać na obecności w życiu terapeuty.

To ważne także dlatego, że – jak pokazują badania – aż 1/3 efektów, jakie daje psychoterapia bierze się z odpowiedniej – zdrowej – relacji pacjent-terapeuta.

I jeszcze, na koniec, odpowiedni fragment z Kodeksu Etycznego Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapii:

Psychoterapeuta nie wchodzi w relacje seksualne z aktualnymi pacjentami.
Nie przyjmuje do psychoterapii osób, z którymi wcześniej miał relacje seksualne.
Nie wchodzi w relację seksualną z dawnym pacjentem lub klientem, co najmniej przez dwa lata od zakończenia relacji zawodowej. Ponieważ taka sytuacja jest potencjalnie raniąca psychoterapeuta nie powinien rozpoczynać relacji seksualnej także po upływie dwóch lat, poza wyjątkowymi sytuacjami.


Szkoda, że twórcy, skądinąd świetnego filmu, nie zajrzeli do odpowiednika Amerykańskiego kodeksu i poprowadzili ten wątek niezgodnie z czymkolwiek;)

Share this:

KOMENTARZE

0 komentarze: